Święto Żagli-The Tall Ships Races w Szczecinie
Regaty The Tall Ships Races to nie tylko największe na świecie święto żeglarzy. Już w piątek wieczorem pokonanie dystansu z Gorzowa do Szczecina zabierało znacznie więcej czasu niż zwykle. Nie był to wakacyjny ruch do nadmorskich kurortów. Sznur samochodów ślamazarnie zmierzał do centrum Szczecina. To co działo się przy Wałach Chrobrego trudno opisać. Polskie radio chyba nie przesadziło szacując liczbę odwiedzających imprezę na 1,5 mln osób. Warto było karnie płynąć z tłumem aby zobaczyć ponad 90 największych żaglowców świata.
Von Humbolt i Doda
Jak zwykle ogromne wrażenie robił meksykański Cuauhtemoc z charakterystycznie zwiniętymi żaglami i marynarzami stojącymi na rejach. Obok niego cumował nasz Dar Młodzieży i brytyjski Lord Nelson. Po kilku godzinach ,dramatycznej przerwy wpłynęły rosyjskie giganty: Siedow i Kruzensztern. Ten ostatni z wymalowaną na czarnym kadłubie imitacją furt działowych przypominał okręt wojenny z czasów admirała Nelsona. Po godzinie przedzierania się przez tłum można było pooglądać najstarszą jednostkę zlotu. Alexander von Humbolt zbudowany został w 1906 roku i łatwo go poznać z daleka za sprawą zielonych żagli. Wrażenie robiła kanadyjska Concordia lśniąca granatowym lakierem. Okazało się, że niedawno opuściła szczecińską stocznie remontową. Statek ten zresztą zbudowano w Szczecinie i zwodowano w 1992 roku. Przy okazji można było się dowiedzieć, że jesteśmy potentatem w budowie żaglowców. Cały żeglarski świat ceni polskich projektantów i stocznie. Nic dziwnego, ze przy Darze Młodzieży, Chopinie, Kapitanie Głowackim, Iskrze II kłębił się wielojęzyczny tłum. Wystarczyło bowiem uzbroić się w trochę cierpliwości aby wejść na pokład statków. Na scenach występowały gwiazdy różnych stylów muzycznych. Można było posłuchać szant, Arki Noego lub np. Dody. Zainteresowani zakupami mogli nabyć jarmarczne pamiątki lub jachty morskie a na dodatek zakosztować atrakcji lunaparku. Dla każdego coś miłego.Naszą uwagę zwróciła praca policji i ochroniarzy. Byli zdecydowani i niezwykle uprzejmi co nie jest regułą na wielu znacznie mniejszych imprezach. Zmęczeni Hałasem mogli udać się na Cmentarz Centralny gdzie o godzinie 22 artyści Opery na Zamku zaprezentowali Requiem dla pewnej Polski Henryka Mikołaja Góreckiego dedykowane tym, którzy nie powrócili z morza.
Z gryfem na masce
W niedzielę była okazja do podróży w czasie. Na terenie powstającego muzeum techniki w dawnej zajezdni tramwajowej na Niebuszewie odbywała się zlot samochodów marki Stoewer. Ta szczecińska marka była do wybuchu wojny jednym z największych i najbardziej innowacyjnych producentów samochodów w Europie. Pierwsza wprowadziła hamulce hydrauliczne i przedni napęd na rynku niemieckim. Już w 1899 produkowała trójkołowe pojazdy na licencji de Dion. W tymże roku dostała też srebrny medal na berlińskiej wystawie pojazdów motorowych. Na początku wieku była głównym dostawcą autobusów dla Londynu. Bramy fabryki opuszczały auta osobowe, ciężarowe, autobusy, motocykle i rowery. Jak w wielu firmach zajmujących się wówczas mechaniką produkowano też maszyny do szycia i pisania. Podczas pierwszej wojny Stoewer produkował doskonałe silniki lotnicze, które w latach dwudziestych użyto do napędu luksusowych samochodów. Wielki kryzys nie sprzyjał produkcji drogich aut. Firma kupiła więc licencje Tatry na samochód popularny korzystając z pomocy rządu. Miało to tragiczne następstwa. Czasów gdy w dyrekcji zasiedli naziści nie doczekał Bernard Stoewer. Zmarł w 1932 roku. Jego brat, dyrektor handlowy Emil schronił się u zaprzyjaźnionej rodziny von Opel i dożył 1942 roku. Łabędzim śpiewem marki była jazda non-stop najnowszych modeli 1938 roku a trasie Szczecin-Berlin-Monachium Salzburg. Stoewer Arkona osiągnął średnią szybkość 120 km/h a mniejsza Sedina 190. Później z fabryki wyjeżdżały samochody wojskowe i gąsienicowy samochodo-motocykl: kettenkrad. Po wojnie linie produkcyjne i eksponaty z muzeum znalazły się jakimś cudem w ZSRR.-Niech przyjedzie chociaż jeden pojazd-myślałem idąc w stronę muzeum. Przyjechało 14, w tym przepiękne coupe P5 z lat dwudziestych aż z Australii. W końcu mam wakacje- odpowiadał na pytania o przebytą odległość właściciel samochodu. Nie każdy jednak ma wakacje. Z żalem trzeba było pożegnać piękne żaglowce i magiczne samochody zazdroszcząc tym, którzy z całą żaglową paradą udadzą się do Świnoujścia.
Ryszard Romanowski