Mille Miglia - matka wyścigów
Gdy podczas Salonu Samochodowego w Genewie ujrzałem Stirlinga Mossa przed drzwiami ozdobionymi charakterystyczną czerwoną strzałą nie mogłem pozostać obojętny. Odżyły wspomnienia o najważniejszym wyścigu świata znanym mi z pożółkłych pism z archiwum mojego ojca. W tych czasach tylko one mogły dostarczać informacji o walce i dramatach rozgrywających się na 1600 km trasie. Gdy dowiedziałem się , że impreza odbywa się nadal w nieco innej formie spakowałem manatki i wraz z żoną 12 maja 2000 r zameldowaliśmy się w Brescii trafiając dokładnie na start imprezy. Podczas gdy nasz obładowany motocykl pilnowany był przez sympatycznych policjantów, my uwijaliśmy się z aparatami fotograficznymi i kamerą. Tak rozpoczął się nasz romans z Mille Miglia, który trwa do dzisiaj.
Podróż pełna niespodzianek
Gdy dowiedziałem się o wyścigu motocyklowym w Brannie postanowiłem za wszelką cenę go zobaczyć. Czasu i pieniędzy było nie wiele. Sprawdziłem odległość i trasę na jednym z renomowanych portali internetowych poczym ruszyłem przez Niemcy, lokalnymi drogami, licząc na dużą oszczędność paliwa. Nie myliłem się. Auto spaliło rekordowo mało. Jechaliśmy po lokalnych drogach podziwiając widoki i przestrzegając niemieckich, później czeskich ograniczeń szybkości. Mijając tablicę Branna nie posiadaliśmy się ze zdziwienia. Kilka domków, szutrowe trakty a o wyścigu nikt nie słyszał. Okazało się, że do celu mamy około 300 km, bo to nie ta Branna. Ciekawe bo portal wymieniał w Czechach tylko jedną.